czwartek, 6 czerwca 2013

Rozdział VIII

Nie umiała sobie wyobrazić swoich na wpół zeżartych zwłok, tej całej krwi. Ale najbardziej martwiło ją, dlaczego chciała to zrobić. Postanowiła zająć mózg czymkolwiek innym.
- Co... zrobiłeś, po tym jak... zginęła? - spytała cicho, spuszczając wzrok.
- A co mogłem zrobić? - odpowiedział zachrypniętym głosem. - Uciekłem.
- Rodzice cię nie szukali? - uniosła brwi.
- Nie - skrzywił się. - Pewnie pomyśleli, że to co zabiło ją, moje zwłoki zaciągnęło gdzieś głębiej w las - przełknął ślinę. - Chyba lepsze to, niż świadomość czym się stałem.
- Może i tak - szepnęła, patrząc w zamyśleniu przez kuchenne okno. - A właśnie... jak to się stało?...
- Pytasz w jaki sposób tym zostałem? - Kiwnęła głową. - Sam... dokładnie nie wiem. - Dziewczyna zmarszczyła brwi. - Nie patrz tak na mnie! To coś z lasu mnie opętało, nawet żadne zwierzę mnie nie ugryzło. Jakby niespokojny duch we mnie wstąpił. Wiem jak to brzmi - westchnął. - Jesteś jedyną osobą, która widziała mnie jako wilkołaka. Oprócz mojej siostry, ale ona chyba się nie liczy... - zacisnął powieki.
- Ben... - wzięła wdech. - Chciałabym móc cię w jakikolwiek sposób podnieść na duchu, ale... nie mam zupełnie pomysłu, jak to zrobić. Dlatego... proszę, nie myśl, że jestem nieczuła - westchnęła. - Po prostu nie mam talentu do pocieszania.
- W-w porządku - bąknął, zaskoczony. - Nawet nie przyszło mi to do głowy. Jeśli czasem masz mnie dość, zawsze możesz wyjść... więcej nie będę o to pytał - powiedział cicho po chwili.
- Coraz rzadziej - uśmiechnęła się słabo. - I dużo rzeczy zaczynam rozumieć - westchnęła.
Tak naprawdę w jej głowie pojawiało się tylko więcej pytań.

- Raven! - usłyszała nagle, gdy przeglądała warzywa wyłożone na kramie.
Obróciła się, trochę zdziwiona. Spencer szedł w jej kierunku żwawo, z kobietą bardzo podobną sobie obok. Sprawiała jednak wrażenie trochę spokojniejszej, ze spojrzeniem, które czytało ludzi jak książki. Jej usta wykrzywione były jedynie w niewielkim, tajemniczym uśmiechu. Spencer miał na twarzy wielkiego banana.
- Wszystko w porządku? Wyglądasz trochę mizernie... - zbadał jej twarz wzrokiem.
- Czuję się dobrze - mruknęła z lekką niechęcią. W sposobie, jakim ją otaksował, było coś ze spojrzenia kobiety. Ale ona robiła to dużo intensywniej, a do tego rzadko mrugała. Raven czuła się jak na przesłuchaniu. - A to?...
- Moja siostra, Clare - wzruszył ramionami, jakby sobie o niej przypomniał. - Jesteśmy bliźniętami.
- To wiele wyjaśnia... - wymamrotała do siebie. W jej pobliżu była trochę skrępowana, nie chciała za bardzo pozwalać sobie na gadkę szmatkę ze Spencerem. - Miło mi, jestem Raven - powiedziała cicho, ale wysiliła się na milszy ton niż wcześniej.
Wyciągnęła rękę z pewnym ociąganiem. Clare przez chwilę wpatrywała się w nią, a potem powoli wyciągnęła swoją dłoń oraz wykonała lekki, chłodny uścisk dłoni. Raven prawie poczuła jak kopie ją prąd. Bliźniaczka Spencera zdawała się przewiercać ją wzrokiem na wylot, jakby miała rentgen w oczach.
- Ja muszę na chwilę lecieć, zostawię was, żebyście mogły się lepiej poznać - rzucił i pobiegł gdzieś.
W przeciwieństwie do Raven, na tę wiadomość Clare nawet się nie poruszyła, wciąż lustrując ją dziwnie. Po dłuższej chwili się odezwała, jakby zastanawiała się, czy coś powiedzieć.
- Skąd ten kolor oczu? - jej głos był ciepły, lecz miał w sobie coś nienaturalnego, przynajmniej dla czarnowłosej.
- Skąd mam niby wiedzieć?
- Nie wiem, może... zdarzyło się coś, co sprawiło, że zmieniły kolor?... - uniosła lekko dłonie.
Raven parsknęła z dezaprobatą oraz odsunęła się trochę od niej. Teraz, kiedy nie było tu jej brata, nie musiała wysilać się zbytnio, żeby okazywać chęć poznania jego siostry. A ona wciąż wpatrywała się na zmianę w oczy i klatkę piersiową fiołkowookiej.
- Czemu tak się na mnie patrzysz? - uniosła jedną brew drwiąco.
- Zdarzyło ci się coś dziwnego?... - spytała, ignorując pytanie.
- Oprócz amnezji? - ostentacyjny uśmieszek wypełzł na jej wargi.
- Oprócz - odpowiedziała poważnie Clare.
- Cóż... - westchnęła, mrużąc oczy. - Podczas podróży przez spalony las Herry... umysłem przeniosłam się do przeszłości, czułam ból, zapach spalenizny i krwi ciała, w którym się znalazłam... - spojrzała na szarowłosą. - Słyszałam krzyki umierających. Nie wiem czy to można było nazwać wizją. Jak na nią, to było zbyt realistyczne - dotknęła ręką czoła. - A ten las tutaj?... On jest dziwny, prawda? - uniosła brwi, szukając potwierdzenia w twarzy Clare.
- Hipnotyzujący - uśmiechnęła się lekko. - A wiesz dlaczego? - spojrzała w oczy Raven.

Kiedyś mieszkała tutaj kobieta. Była piękna i inteligentna, ale nikt jej nie znał, bo nie lubiła mówić. Uważała, że słowa to rzecz, która powoduje nieporozumienia. Miała jednak kochanka, z którym co dzień chodziła do tamtego właśnie lasu i spacerowała w ciszy, podziwiając drzewa. Mężczyzna wielokrotnie żałował, iż Elene, bo tak miała na imię jego luba, nie mówiła dużo, bo jej głos był piękniejszy niż wszystkie inne dźwięki jakie w życiu znał. Ukochany nosił imię Marvin, chociaż nigdy go nie lubił, gdyż uważał, że Elene zasługuje na piękniejsze imię kochanka. Wtedy ona zawsze się śmiała perliście oraz przyrzekała, iż nigdy nie przestałaby go kochać ze względu na imię. Pewnego mglistego dnia, kiedy chodzili jedną ze ścieżek wyściełanych fiołkami, Elene wyznała, że jest Obdarzoną. Jej ukochany nigdy by się tego nie spodziewał, ale przysiągł, iż to tak naprawdę niczego nie zmienia. Dziewczyna miała jednak coś w oczach, co mówiło mu, że się myli. Mijały dni, oni wciąż zdawali się być tak samo zakochani. Elene kiedyś dostrzegła jednak lubego w tłumie, z inną. Z rozpaczy pobiegła do lasu i zaczęła tam wylewać słone łzy smutku, a płakała dopóki więcej łez już nie miała. Wtedy poczekała na zdrajcę jej serca, zaś kiedy nadszedł, nakazała drzewom go zabić. Sama błąkała się po lesie, nie znając snu ani posiłku, a tym bardziej spokoju. Czasem można było usłyszeć na zmianę jej łkanie, histeryczny śmiech lub anielski śpiew. Minęły lata, Elene umarła, a jej obłąkany duch wniknął w las, spaczając go. Od tamtej pory knieja zdaje się myśleć, czuć i obserwować każdego intruza. Chociaż ludzie o tym wiedzą, dawno zapomnieli imię jednej z najpotężniejszych Obdarzonych, jacy kiedykolwiek żyli.

- To tylko legenda, ale w każdej historii jest ziarnko prawdy - westchnęła Clare, unosząc brwi. - Inna mówi, że Elene urodziła dziecko, a jego krew wciąż krąży w którymś z nas... - uśmiechnęła się enigmatycznie, znów wpatrując w czarnowłosą.
- Tak... Las patrzył na mnie - odwróciła wzrok w zamyśleniu.
- Już jestem - rzucił lekko zdyszany szarowłosy i podszedł do nich. - Idziesz z nami? - spojrzał na Raven.
- Właściwie... chyba będę się już zbierać - mruknęła. - Dobrze było cię poznać, Clare - uśmiechnęła się słabo, odwróciła i kupiła kilka warzyw, po czym odeszła odrobinę pospiesznie.
Clare obserwowała każdy jej krok uważnie, dopóki nie zniknęła jej z oczu. Brat posłał jej tylko zdziwione spojrzenie, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

Klamka ustąpiła pod lekkim naporem jej dłoni, uchylając lekko drzwi ze skrzypnięciem. Poczuła jak ktoś wyjmuje jej torbę z prowiantem z dłoni, by mogła cokolwiek widzieć. Odetchnęła z ulgą i zamknęła drzwi za sobą.
- Czemu nie powiedziałeś mi, że Spencer ma bliźniaczkę? - wyrwało jej się, chociaż tak naprawdę nie chciała, żeby tak to zabrzmiało.
- Hmm... sam prawie o tym zapomniałem. Dziwne, szczególnie że Clare wchodzi w pamięć, prawda? - uśmiechnął się trochę przepraszająco w jej stronę.
- Bardzo - skrzywiła się nieznacznie. - Jest dosyć... dziwną osobą. Ale zdecydowanie interesującą - westchnęła. - I umie bajdurzyć - uśmiechnęła się pod nosem.
- Hę? - uniósł brwi oraz odwrócił się twarzą do niej. - Naprawdę? Wiesz, nie miałem raczej szansy jej bliżej poznać... Widziałem ją chyba ze dwa razy w towarzystwie Spencera, ale jakoś nigdy nie mieli czasu - wzruszył ramionami.
- Prawda? - uśmiechnęła się. - Są bliźniętami, a jednak Clare wydaje się dużo spokojniejsza - zachichotała.
Ben odpowiedział jej uśmiechem i zaczął rozpakowywać torbę. Chociaż na twarzy miał uśmiech, w jego oczach czaił się niepokój, którego nie znał nigdy wcześniej. Starał się nie patrzeć w fiołkowe oczy, bojąc się, iż wszystko by spostrzegły. Przyszła do niego. I znów mógł ją stracić.

Odkąd przetańczyła całą noc przy świetle księżyca, melodia płynąca z jego tarczy wciąż rozbrzmiewała jej w uszach, nie dając spokoju. Czuła jak codziennie po zmroku staje się coraz bardziej natarczywa, coraz głośniejsza, coraz bardziej oszałamiająca. A im ciemniej było, tym więcej pragnęła uciec na zewnątrz, wdychać nocne powietrze, w żaden sposób nie podobne do tego za dnia. Było jedyną rzeczą, którą pamiętała z tamtego życia, której smak był jej znany jak nic innego. Teraz siedziała, z nosem przy szybie, wyglądając przez nią, jak przez kolejną barierę, którą musiała pokonać, by dostać się do miejsca, gdzie trawa była zieleńsza. Na zewnątrz było tak ciemno, lecz miała wrażenie, że wszystko widzi ostrzej niż w dzień, jakby ktoś zdejmował pryzmat światła z jej oczu. Któryś już raz z kolei wbijała palce w szybę, mając cichą nadzieję, iż ustąpi pod naporem dłoni. Czuła się jak w afekcie, niemal obłąkana. Jej wargi cicho szeptały szalone słowa, sama nawet nie zdawała sobie sprawy jakie. Opuściła powoli powieki, zamierając na moment. Wstała cicho, błądząc stopami po zakurzonej podłodze. Wyszła, nie ubierając butów. Pozostawiła uchylone drzwi w roztargnieniu, nie dbała o nic. Chłodny powiew objął jej ramiona, prowadząc jak najdalej, wciąż naprzód. Nie była zmęczona, nie była zmarznięta. Była ze srebra.

Obudziła się, z poranną rosą na rzęsach oraz trawą muskającą jej policzki. Słońce wschodziło, rozświetlając krople wody na jej ciele. Kiedy była już jako tako dobudzona, zauważyła iż w oddali majaczył tylko dom, w którym tak ciężko było jej zasnąć. Wstała, trochę chwiejnie i ruszyła w jego kierunku powoli, próbując wymyślić coś, jeśli Ben zauważyłby cokolwiek. Na przykład otwarte drzwi. Roześmiała się na cały regulator, jak wariatka. Nachodziły dni urojeń. Dni opętanej.

________________________________

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz