sobota, 18 maja 2013

Rozdział III

Siedząc na trawie zastanawiała się jak właściwie będzie rozpoznawać znajomego jej kruka spośród tylu innych. Czasem zdawała sobie nagle sprawę, nad jak bardzo niemądrymi rzeczami myślała, ale nie mogła tego powstrzymać. W sumie czuła nieopisaną radość, że Ben nie kłopotał się, gdy przez dłuższy czas nie odzywali się do siebie. Najlepsze było to, iż cisza rzadko bywała niezręczna. Raz po raz zauważała jak chłopak również błądzi myślami gdzieś daleko. Ale się dobrali.
- Ben? - spytała cicho.
- Hm? - zamrugał kilka razy i odwrócił głowę.
- O czym zazwyczaj myślisz? Jeśli nie chcesz, nie musisz mi mówić... - westchnęła i wzruszyła ramionami, gdy zobaczyła jego lekkie zakłopotanie.
- Em, teraz myślałem o twoim kruku - uśmiechnął się słabo.
- Nie jest mój - zmarszczyła lekko brwi. - Ale to ciekawe... bo ja też - rozpromieniła się. - Zastanawiałam się, jak go odróżnić od reszty.
- Może nadaj mu imię? - wzruszył ramionami. - Jeśli z czasem nauczy się na nie reagować, pewnie mogłabyś rozróżniać go w ten sposób.
- Może... - sposępniała i wlepiła wzrok w horyzont. Przez moment żadne z nich się nie odzywało, każde w swoim świecie. W końcu westchnęła. - Nie będę chyba mieć jednak tyle czasu. I zdaje mi się, że kruki ciężko się uczą, chociaż są jednymi z inteligentniejszych ptaków.
- Jak koty.
- Co?
- Kruki są jak koty. Inteligentne, ale na swój sposób leniwe - poruszył ramionami. - Chyba też indywidualne.
Dziewczyna przez chwilę patrzyła na niego zdziwiona, miała uniesione brwi. Czemu ją to dziwiło? Przecież on nie stracił pamięci kilka dni temu. Po jakimś czasie zmarszczyła nagle brwi i wróciła do obserwowania linii widnokręgu. Wypuściła nosem powietrze.
- Hej, miło byłoby nazywać cię jakoś - wypalił nieco zakłopotany.
- Hę?
- Chodziło mi o to, że nie miałbym nic przeciwko, by wymyśleć ci imię - uśmiechnął się lekko speszony.
- Aa... cóż, to chyba twoja robota - wzruszyła ramionami.
- Eh?
- No wiesz, ja sama zbyt dobrze siebie nie znam. To raczej ty zwracasz uwagę na moje reakcje, niż ja sama.
- Tak... w sumie... tak - podrapał się po karku. - Cóż... może... Lily? - skrzywiła się. - Fakt, nie bardzo pasuje. Anne... brzmi ładnie.
- Nie czuję się z nim dobrze - popatrzyła na niego przepraszająco.
- Nie szkodzi, może później coś wymyślę... - westchnął. - Chyba nigdy nie planowałem wymyślania komuś imienia. Może dlatego tak kiepsko mi idzie? - uśmiechnął się słabo.
- Nieważne. Zgłodniałam.
- Chodźmy - wstał i podał jej dłoń.

Obudziła się zwinięta w kłębek. Ostatnio coraz częściej jej się to zdarzało. Dziwne. Z początku w ogóle się nie kuliła. Poczuła chłodne pazury na swoim ramieniu. Zdumiewało ją, jak kruk potrafił delikatnie na niej siedzieć. Odwróciła głowę i spojrzała na niego. Zdawało jej się, jakby chciał jej coś powiedzieć. Ale to zdarzało się zbyt często, by mogło mieć jakieś znaczenie. Kątem oka dostrzegła nagle Bena siedzącego na krześle. Obserwował jak gładzi granatowe, ptasie pióra w milczeniu. Gdy zauważył, że zdała sobie sprawę z jego obecności, rozchmurzył się.
- Co ty tu... - nie dokończyła.
- Nie mogłem spać. Wymyśliłem imię dla ciebie. Twój przyjaciel mi pomógł. W przenośni, naturalnie. Nie wiem, czy ci się będzie podobać, ale według mnie pasuje jak ulał. Do twoich hebanowych włosów, błyszczących oczu i czasem posępnego charakteru.
- Dobra, powiesz mi je wreszcie? - zirytowała się. Jeszcze nie widziała go tak nawijającego.
- Raven - wyrzucił z siebie w końcu.
- ...kruk? - powiedziała głucho. Chłopak stracił werwę, gdy zobaczył jej reakcję. - Nie, podoba mi się... chyba po prostu jeszcze się nie do końca obudziłam - westchnęła. - Jak długo tu siedzisz?
- Hm? O tak, cóż... - zmieszał się mocno. Przez chwilę siedział w ciszy. - Chy... chyba od pierwszej. Do tego czasu przeleżałem w łóżku - uśmiechnął się, przymykając lekko oczy.
- C-co? - wytrzeszczyła na niego oczy. - Przecież to tylko głupie imię! - usiadła nagle.
- W-wiem... ja... - podrapał się po szyji. - To tylko moja wina, prawda? Gdybym chciał, mógłbym ci je powiedzieć później albo w ogóle potem o tym pomyśleć.
- Nie jesteś śpiący? - zmarszczyła brwi.
- Wiem, dziwne. Prawda? - znowu się uśmiechnął. - Czuję raczej w sobie więcej energii niż wcześniej. Zastanawiam się tylko, skąd się wzięła.
Przez moment trwała jedna z tych chwil, kiedy cisza była niezręczna. A bardziej niż teraz, nie mogłaby być bardziej.
- Mógłbyś... wyjść? - zarumieniła się lekko.
- Hę? - uniósł brwi.
- Chciałabym się ubrać - westchnęła i przymknęła oczy zażenowana.
- O-oh. Wybacz - wykrztusił oraz szybko wyszedł.

Ptak zakrakał i podleciał do niej, siadając na ramieniu. Raven popatrzyła na niego z pewnym zdziwieniem. Ale skoro chciał akurat dzisiaj z nią iść, jego sprawa.
- Hmm, szybka jesteś - uśmiechnął się zaraz po tym, gdy wyszła ze swojego pokoju.
- To miał być komplement, czy co tak właściwie? - uniosła jedną brew.
- Stwierdzenie - wzruszył ramionami. - Ja się chyba tak szybko nie ubieram. Nieważne - westchnął oraz poszedł do kuchni.
Pokręciła głową, także zmierzając w tamtą stronę. Jill prawie stłukła talerz, gdy zobaczyła kruka na ramieniu dziewczyny. Zakrakał triumfalnie.
- Spokojnie. To mój przyjaciel - powiedziała Raven cicho.
- Kruk? - kobieta otworzyła usta.
Wzruszyła ramionami i usiadła przy stole obojętnie. Powoli zaczynało nudzić ją to miejsce, myślała o opuszczeniu go jak najszybciej. Wstyd się przyznać, ale jedyną rzeczą, która ją tu trzymała to... Ben.
- Znowu ser? - jęknął, nie zwracając uwagi na obserwującą go dziewczynę.
- Nie marudź - burknęła. Jill i odwróciła się, żeby zrobić śniadanie innym lokatorom.
Chłopak zamruczał coś pod nosem niechętnie oraz wziął się za jedzenie. Raven nie miała ochoty brać czegokolwiek do ust, ale patrząc na swoje chore, mizerne ciało, musiała przyznać, iż należało coś z tym zrobić. Westchnęła cicho, biorąc się za posiłek.
- Też masz dosyć sera? - Ben uniósł brwi z cichą nadzieją.
- Nie, poprostu... nie jestem głodna.
Przez chwilę było widać jak o czymś intensywnie myśli, nie odezwał się jednak więcej.

- Idziesz na zewnątrz? - spytała.
Kiwnął tylko nieznacznie głową, jak cień podążając za dziewczyną. Po kilkunasto minutowym marszu znaleźli się w szczerym polu, porośniętym bujną, falującą trawą. Raven popatrzyła w zamyśleniu na chłopaka. W końcu otworzyła usta, by po chwili wydobyć z siebie dźwięk.
- Ben?
Spojrzał na nią znacząco. Znowu był w tym nastroju, kiedy nie mówił, gdy tylko nadarzyła się okazja.
- Chyba niedługo będę opuszczać to miejsce - powiedziała powoli i odczekała chwilę. - Ale... prawdopodobnie muszę mieć kogoś, kto pokaże mi ten świat z różnych stron.
Chłopak uniósł brwi. Oczywiście, że wiedział o co jej chodziło, ale nigdy nie myślał o tym, by utrzymać kontakty z Raven po opuszczeniu szpitala. Nie wiedział jak długo zajęłoby mu myślenie o tym, jaką decyzję podjąć. Zamknął oczy na chwilę i westchnął. Dlaczego to zawsze musiało być takie trudne?
- Dobrze. Tylko się nie zdziw, jak zobaczysz coś dziwnego.
Dzewczyna wzruszyła ramionami i skierowała wzrok na skrzypiące nieopodal drzewo. Dużo by dała, by teraz słońce chyliło się ku zachodowi. Ruchem ręki poprosiła, by za nią poszedł. Usiadła pod ogołoconym z kory oraz liści dębem, białym niczym lodowata tarcza księżyca w pełni.
- Myślałaś o tym, jak go nazwać? - odezwał się w końcu.
- Tak. Chyba nazwę go... Gloom. Co o tym myślisz?
- Gloom - powtórzył głucho. - Trochę dziwne, by go wołać, czy coś w tym stylu, ale pasuje. Fajny pomysł.
- Dz-dzięki - uśmiechnęła się, odgarniając włosy za ucho.
Kruk z nowym imieniem wzbił się w powietrze, siadając na konarze ponad nimi. Z daleka wyglądało dosyć dziwnie, gdy dziewczyna o hebanowych włosach i skórze bladej jak papier siedzi pod drzewem z chłopakiem o rudobrązowych oczach, a nad nimi czuwa kruk. Ale tak naprawdę kogo obchodzi, jak to wygląda z daleka.

Przeżuwała ciężko kolację, zastanawiając się, kiedy tak naprawdę odejść. Może jutro? Nagłe zniknięcie byłoby dobre. Przynajmniej dla niej. Popatrzyła na Bena. Zdawał się być zmartwiony, ale czymś innym.
- Jutro? - spytała cicho.
Kiwnął głową, prawie nie wychodząc ze swojego świata. Dziewczyna westchnęła oraz wróciła do spożywania posiłku. Pozostawało powiedzieć jej opiekunce o tym. To było najtrudniejsze.
- Jill? - Kobieta odwróciła się w jej stronę. - Jutro... jutro chyba stąd odejdziemy - spojrzała na nią przepraszająco.
- ... co? - powiedziała cicho, zachrypniętym szeptem. - Czujesz się już tak dobrze, by zostawiać to miejsce? Przecież nawet...
- Odejdziemy - powtórzyła ze szczególnym naciskiem na ostatnią sylabę. - Ben pójdzie ze mną. I...
- ...będę się nią opiekował - przerwał jej, patrząc w oczy Jill znacząco.
Raven spoglądnęła na niego lekko zaskoczona. Otworzyła usta, ale nie wydała z siebie dżwięku. Swój wzrok z powrotem przeniosła na kobietę. Ta tylko kiwała głową ze smutkiem. Chłopak dał znak Raven, żeby zostawić ją samą. Wstała oraz poszła za nim, trochę przygnębiona.
- Nie wiem... - zaczęła.
- Też chcę stąd odejść, wrócić do mojego normalnego życia - westchnął. - Ty go nie masz, a ponieważ w pewien sposób biorę za ciebie odpowiedzialność - uciszył ją gestem ręki - przynajmniej na razie nie mogę tego zrobić - przerwał na chwilę, w ciszy patrząc przez okno. - Jill poradzi sobie. Na pewno.
Przez moment nie umiał się przełamać, ale w końcu zdołał to zrobić i przytulił ją. Raven chyba też była tym zaskoczona. Odsunęła go lekko od siebie, uśmiechając się przepraszająco.
- Wybacz, ale... nie jestem tak smutna jak to może wyglądać - podrapała się po szyji. - Dam sobie radę.
- Hmm... to... dobrze - rozpromienił się także. - No to dobranoc - po chwili się odwrócił i odszedł.
W rzeczywistości nigdy nie wiedziała, który był jego pokojem. Ale czy tak naprawdę chciała to wiedzieć?

______________________________________

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz