niedziela, 26 maja 2013

Rozdział VI

Drzwi cicho skrzypnęły. Spojrzał na nią z politowaniem. Nie rozumiał, jak można być aż takim śpiochem. Podszedł do jej łóżka i usiadł na nim, kładąc swoją dłoń na ramieniu dziewczyny. Po jakimś czasie drgnęła oraz zamrugała nieprzytomnie. Pierwszy raz budził ją w taki sposób.
- Nie pojmuję, jak możesz tak długo spać - powiedział cicho z uśmiechem.
- Przeszkadza ci to? - uniosła brwi drwiąco. - Nie wszyscy chcą się zrywać z łóżka o siódmej rano - wtuliła twarz mocniej w poduszkę, ale nie wytrzymała tak długo i wkrótce usiadła, usiłując złapać odpowiednią ostrość wzroku. - Jeśli chcesz wiedzieć, nie spałam przez całą noc - mruknęła z rezygnacją.
- Fakt. To musi być męczące - jego uśmiech się poszerzył. - A co robiłaś?
- Tańczyłam - powiedziała cierpko, dziwnie akcentując. - Nie dasz mi spać? - na moment skupiła swój wzrok pełnym wysiłkiem na jego oczach.
- Przykro mi - westchnął. - Nie mogę. A teraaz, ponieważ nie musisz się przebierać, nie istnieje potrzeba, bym spuszczał cię z oka - zaśmiał się.
Dziewczyna prychnęła z dezaprobatą oraz położyła się z powrotem, nasuwając kołdrę mocniej na głowę. Z niechęcią stwierdziła, że Ben ani na chwilę nawet nie poruszył się, odkąd to zrobiła. A naprawdę chciałaby, żeby odszedł.
- Będziesz tu siedział dopóki nie wstanę? - warknęła, odkrywając się nieznacznie.
- Dokładnie - uśmiechnął się. - Muszę ci kupić szczotkę, czy coś w tym guście, bo masz lekko mówiąc, rozczochrane włosy - wypuścił powietrze ze swoich płuc.
- A ty nie potrzebujesz się czesać? - uniosła brwi.
- Zabawne - westchnął. - Nigdy o tym nie myślałem. Jeśli chcesz to możesz jeszcze spać, a ja pójdę kupić kilka drobiazgów - wyszczerzył zęby.
- To idź - mruknęła i wtuliła się mocniej w poduszkę.
Poczuła pieszczotliwe zmierzwienie włosów.

Zasnęła ledwie na kilkanaście minut. Potem miała już dosyć leżenia. Wstała nieco chwiejnie, założyła buty i wyszła. Pomyślała, że powietrze może ją odrobinę ocucić. Przez chwilę siedziała na schodkach, lecz szybko znudziła się, więc poszła pod las. Miał w sobie coś tajemniczego, czego na pewno nie posiadał ten, którym podróżowali. Zauważyła, iż jest ciemniejszy niż tamten. I chyba rosło w nim więcej iglastych drzew. Chciała zagłębić się w niego, poznać bardziej niż pozwalał na to widok z obrzeża. Gałązka pękła pod jej stopą, niepewnie spojrzała za siebie. W oddali zamajaczyła ciemna postać. Ben.

- Um, gdzie byłaś? - spytał lekko zakłopotany, kiedy zauważył, że weszła za nim.
- Hę? O-oh, pod lasem - bąknęła. - Jest taki... tajemniczy - uśmiechnęła się lekko, a oczy jej błysnęły.
- Tak, pewnie... - popatrzył na nią z niepokojem. Po chwili wyrwał się z zamyślenia oraz uśmiechnął. - Wreszcie możesz się uczesać - wyjął z pudła różnych rzeczy szczotkę z ciemnego drewna, wyposażoną w kilkadziesiąt małych, stalowych, zakończonych drewnianymi kuleczkami, drucików. - Podoba ci się?
- Jest ładna, ale... - spojrzała na niego z uniesionymi brwiami - ...to tylko szczotka.
- Ładne rzeczy umilają nam życie - powiedział szybko i wyjął jakąś bluzkę. - Mam nadzieję, że to wój rozmiar... - odezwał się cicho, patrząc na całą posturę dziewczyny. Ubranie raczej nie było w jakikolwiek sposób pasujące. - Przynajmniej będzie ci wygodnie...
- Żartujesz sobie? - otworzyła usta. - Przecież wiesz jaka jestem chuda! Jak mogłeś kupić mi taki worek? - pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Hmm... byłem trochę zamyślony - mruknął. - Ale wiesz, jeśli będziesz go używać bez dolnej części ubioru, może całkiem dobrze spełnić swoje zadanie... Nie to, żebym coś sugerował! - dodał szybko, widząc jej spojrzenie.
- Jeszcze tego brakuje! - warknęła oraz wyrwała mu podkoszulek z ręki, udając się do pokoju gościnnego.
Przez chwilę ją obserwował ze zmieszaniem, ale potem pokręcił głową i zaśmiał się sam do siebie, rozpakowywując pudło. Z dziką satysfakcją mógł wreszcie zjeść coś innego niż ser żółty.

Po krótkim sprawdzeniu, jak materiał na niej rzeczywiście wisi, wymknęła się przez okno. Nie miała zamiaru jakkolwiek być hamowana przez chłopaka, a tym bardziej tłumaczyć się z jakichkolwiek odruchów. Pobiegła pod las, nawet nie oglądając się za siebie. Przystanęła na moment, nim weszła do środka. Spojrzała na ciemne, powyginane drzewa oraz westchnęła. Miała wrażenie, że kiedyś już to się stało i niezbyt dobrze skończyło. Potrząsnęła głową, odrzucając wszelkie przeczucia oraz weszła do lasu. Czuła iż coś się stało. Jakby jakaś powłoka pęknęła. Ale to wszystko wydało się nagle żyć, oddychać, słuchać i obserwować każdy ruch Raven, każde jej tchnienie oraz zaciekawione spojrzenie. Żadne ptaki nie śpiewały, a w koronach ponurych drzew tylko huczał głucho wiatr, jednak miała wrażenie, że las jest całą, jedną istotą, wytrzeszczającą na nią swoje ślepia, nadstawiającą uszy, wciągającą jej zapach. Najbardziej zadziwiało ją nie to, iż wszystko wokół było żywe, lecz dlaczego właśnie ona zaciekawiła tą mroczną knieję. Czym? Dręczyło ją przeczucie, że gdyby zapytała, otrzymałaby odpowiedź. Ale... może najpierw się przedstawić?...
- Jak... masz na... imię? - spytała lekko zmieszana.
Liście zaszumiały intensywnie, dziewczyna domyśliła się, iż była to odpowiedź. Spuściła głowę i zrozumiała jak odmienne są ich języki. Nawet jeśli chciałaby się nauczyć leśnego dialektu, na pewno nie dałaby rady go wymawiać w jakikolwiek sposób. Usiadła w korzeniach jednego z wielu ciemnych drzew oraz podciągnęła kolana pod brodę. Nagle poczuła się dziwnie senna, zmęczona całym światem na zewnątrz knieji. Nie opierała się temu uczuciu.

Pierwszy raz miała sen. Był taki... realistyczny. Szkoda tylko, że nie mogła dokładnie widzieć w nim dużo rzeczy. Ktoś ciepłymi dłoniami podnosił ją z ziemi, wynosił z lasu. Czuła się taka ciężka, miała ochotę spaść z powrotem na glebę i pozostać tam do końca swoich dni. Jej kończyny zwisały bezwładnie z ramion osoby, która ją niosła. Gdyby tylko mogła nimi poruszyć, już dawno wróciłaby do chłodnego, posępnego boru oraz położyłaby się z powrotem pod którymś z drzew. Nie miała siły by się poruszać, mówić, otworzyć oczy. Ani oddychać.

Ocknęła się na czymś miękkim, w co mogła wbijać bez problemu palce. Tylko dlaczego to robiła? Otwarła usta bezgłośnie, z zamiarem wydobycia z siebie jakiegokolwiek dźwięku, nawet jeżeli miałoby to ledwo być westchnięcie. Poczuła jednak ciepłą dłoń, delikatnie dotykającą jej warg. Pragnęła otworzyć oczy za wszelką cenę, ale w jakiś sposób była do tego niezdolna. Czuła dziwny chłód w piersi, pulsujący do całego ciała. Całą siłą woli skupiła się, żeby choć odrobinę podnieść powieki.
- Co ci strzeliło do głowy? - powiedział cicho. Siedział obok niej na łóżku i patrzył swoimi rudobrązowymi oczyma ze zdumieniem. - Przecież nawet nie znasz okolicy.
- Nie wiem - powiedziała cicho, odwracając wzrok. - Był taki... hipnotyzujący.
- Tak -westchnął, również patrząc niemo w jakiś punkt na podłodze. - To dobre określenie.
- C-co? - uniosła brwi, kierując na niego swoje spojrzenie.
- "Hipnotyzujący" to dobre określenie... - powtórzył cicho, usiłując uniknąć kontaktu wzrokowego. Pamiętał wszystko, co kazał mu zrobić. A potem... zostawił samemu sobie. - Czujesz się lepiej? - westchnął, żeby zmienić temat.
- T-tak... ale ty chyba marnie wyglądasz...
- Nic mi nie będzie - powiedział opryskliwie, po czym wstał i wyszedł, prawie trzaskając drzwiami.
Chciała wstać oraz pobiec za nim, ale jej ciało wciąż było zbyt ciężkie.

- Pełnia się zbliża... - usłyszała cichy szept.
- C-co? - zdumiona spojrzała na Bena.
- Księżyc robi się z każdym dniem większy, prawda? - uśmiechnął się słabo, patrząc na nią.
- T-tak, w sumie... tak - wymamrotała, całkowicie zaskoczona tym stwierdzeniem. Jak można ni z gruszki, ni z pietruszki zacząć gadać o księżycu? Nagle wpadła jej do głowy myśl, że Ben może po prostu próbować przerwać nieznośną ciszę. Najwidoczniej niezbyt mu to wychodziło. - Wreszcie coś innego niż ser... - mruknęła, puszczając oko do niego.
Chłopak uśmiechnął się lekko, ale widać było, iż rzeczy z których mógłby się cieszyć, tak naprawdę wcale go nie obchodzą. Równie dobrze mógłby nie jeść nic. Wstała zza stołu, ubrała buty i udała się w stronę drzwi.
- Gdzie idziesz? - spytał cicho.
- Porozmawiać... z innymi. Chciałabym ich poznać - zacisnęła pięści oraz wyszła.
Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła biec w stronę wioski. Spojrzała za siebie, czy przypadkiem za nią nie biegnie, przez co wpadła na kogoś. Jęknęła z zakłopotaniem. Raczej dobrego pierwszego wrażenia nie zrobiła.
- Przepraszam... - mruknęła, szybko się podnosząc i cofając o kilkanaście centymetrów.
- Nie szkodzi... - człowiek usiadł, łapiąc się za głowę. - Coś się stało, że tak uciekałaś? - uniósł brwi.
Potrząsnęła szybko głową. Mężczyzna miał ciemnoszare włosy, co od razu zwróciło jej uwagę. Chyba zauważył to spojrzenie.
- Wiem, dziwny kolor, prawda? - uśmiechnął się, unosząc brwi.
- T-tak... trochę - wymamrotała zakłopotana. - Przepraszam, nie chciałam się gapić...
- Nic się nie stało - wzruszył ramionami oraz wstał. - Jesteś chora? Bo masz niepokojącą barwę skóry...
- Byłam - mruknęła. - Ale teraz już czuję się lepiej - westchnęła, odwracając wzrok.
- Mieszkasz tam? - uniósł brwi, pokazując na dom blisko lasu.
- T-tak... ale... to nie jest mój dom... - zamknęła oczy.
- Wiem, dawno nikogo tam nie widziałem... chyba nikt się nie obrazi, jeśli tam zamieszkasz - uśmiechnął się.
- N-nie rozumiesz, ja... - westchnęła z irytacją. - ...mieszkam tam z przyjacielem, to jego dom, a ja jestem na jego utrzymaniu - popatrzyła na niego ze złością.
- Eh, wybacz - podrapał się po szyji. - Mam na imię Spencer - wyciągnął dłoń w jej stronę.
- Raven - powiedziała cicho, nie racząc podać mu dłoni. - I nic się nie stało. Przecież nie wiedziałeś - burknęła. - Przepraszam, jeśli jestem trochę opryskliwa, ale jestem zdenerwowana - westchnęła, mrużąc oczy.
Powoli cofnął dłoń, lekko stropiony. Dziewczyna chyba nie widziała tego, ale Spencer patrzył na nią jak na niespełna rozumu. Pewnie nawet gdyby o tym wiedziała, nie przejęłaby się tym zbytnio. Wlepiał w nią swoje nieruchome, wodniste oczy, jakby była kosmitką. W końcu westchnął i zamrugał kilka razy.
- Masz... ciekawe imię - wykrzywił wargi w niezbyt naturalnym uśmiechu.
- Ta... - mruknęła. Przypomniała sobie o swoim kruku. Bardzo chciałaby, żeby był tutaj teraz. - Gloom... - szepnęła.
W tym samym momencie usłyszała miękki łopot skrzydeł, a po chwili poczuła na swoim ramieniu pazury. Ptak obserwował bacznie Spencera, jakby sprawdzając, czy nie stanowi zagrożenia dla dziewczyny. Na jej twarzy nagle wykwitł uśmiech, gdy spojrzała na zwierzę. Nawet nie wyobrażała sobie, iż mógłby właśnie tu przylecieć. Naprawdę był niezwykły.
- To... stąd to imię? - wymamrotał zdumiony, patrząc z podziwem na lśniące, granatowe pióra.
- Tak, chyba tak... - westchnęła. - Mój przyjaciel mi je nadał.
- C-co? - wytrzeszczył oczy.
- J-ja... ocknęłam się zaledwie tydzień temu. Nie pamiętam nic sprzed tego - mruknęła zakłopotana.- Nawet nie wiem właściwie, dlaczego byłam w szpitalu.
Pokiwał głową, chociaż tak naprawdę niewiele zrozumiał. Ta kobieta była jeszcze bardziej kuriozalna niż zdawałoby się na pierwszy rzut oka.
- Chyba już pójdę - westchnęła, patrząc za siebie. Mimo że rozmowa z nim odrobinę ją irytowała, to jednak wewnętrznie się uspokoiła. Ostatni raz spojrzała na szarowłosego. - Dzięki za rozmowę - powiedziała cicho, odwróciła się oraz odeszła.
Spencer jeszcze przez chwilę obserwował ją jak odchodzi w zamyśleniu. Potem kopnął kamyk i wrócił do swojego domu.

Dzisiaj kruk wydawał się dużo bardziej ciążyć na jej ramieniu niż kiedykolwiek wcześniej. Ale pewnie była to tylko kwestia nastroju. Dziwne, jak humor może wpływać na cały otaczający nas świat. Gdy jest się zirytowanym, smutnym - wszystko wydaje się takie szare, a czasem wręcz złośliwe. Podniosła wzrok i przystanęła, patrząc na zakurzony dom przez swoje ciemne włosy, którymi miotał wiatr. Teraz stała pomiędzy decyzją, czy wejść do niego, czy też nie. Gdzie miałaby pójść? Do wioski? Chociaż czuła okropne niezdecydowanie wymieszane z niechęcią, w środku wiedziała, iż targało nią niewypowiedziane pragnienie dołączenia do przyjaciela. Miała wrażenia, że nie może się poruszyć. I w sumie... nie musiała.
- Poznałaś kogoś? - nawet nie zauważyła, kiedy drzwi skrzypnęły, a pomiędzy nimi stanął rudooki.
Podniosła głowę z lekkim zaskoczeniem, spozierając na niego. Opierał się o framugę drzwi, obserwując Raven z uniesionymi brwiami. Może nie rozumiał dlaczego wtedy wyszła. Ona jego też wtedy nie zrozumiała.
- Tak - mruknęła.
- Kogo? - spytał po chwili ciszy, gdy zrozumiał, iż sama nie powie.
- Imię? - westchnęła. Ben pokiwał głową. - Spencer.
Zdawało jej się, że ciężko mu było przetrawić tę wiadomość. Na zmianę w jego oczach pojawiała się irytacja i obojętność, jakby nie wiedział, co tak naprawdę okazywać. W końcu przymknął oczy oraz wziął wdech.
- On nie wie, że mieszkasz ze mną? - mruknął, wciąż nie podnosząc powiek.
- Wie, że mieszkam z przyjacielem, ale żadnych konkretnych informacji - wzruszyła ramionami.
- To dobrze - otworzył oczy. - Bo jest moim kuzynem.
Raven w życiu nie przypuszczałaby, że Ben mógłby być jego krewnym. W żaden sposób siebie nie przypominali, czy to z charakteru, czy wyglądu. Musieli być naprawdę ciekawą rodziną. Chociaż po reakcji można było się domyślić co nieco. Już otwierała usta, lecz wyprzedził jej pytanie.
- Lepiej jeśli nie wiedzą, że tu jestem. Oni... - odwrócił wzrok - myślą, że nie żyję.

_________________________________________

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz